niedziela, 27 września 2009

Dyskusja do szyby

Byłem dziś świadkiem perfekcyjnego „monodramu” improwizowanego do szyby. W cukierni przy hotelu Cracovia. Wchodząc tam tuż przed zamknięciem, byłem przekonany, że słyszę zwyczajną rozmowę, dopóki spojrzenia i uwagi ekspedientek nie zwróciły mojej: Gość za stolikiem gadał to w okno, to do pustej lady cukierniczej (znaczy, rozmówców miał dwóch).

Była to właściwie dyskusja, w której jedyny widoczny osobnik przekonywał drugiego, żeby nie czepiał się trzeciego, bo gdyby on był w jego sytuacji, to wcale lepiej by się nie spisał. Niestety, nie zapamiętałem dokładnego jej przebiegu, a to dlatego, że sama scena – sugestywność prowadzonej z całą powagą rozmowy – wywołała we mnie nagłą refleksję. Pomyślałem mianowicie, że ten pijak właściwie wcale nie musiał halucynować swoich kompanów – nie musiał wierzyć w ich istnienie. Raczej, alkohol mógł podziałać nań w ten sposób, że pobudził jego wyobraźnię i pozbawił go skrupułów przed odegraniem wyimaginowanego dialogu publicznie – przed „zrobieniem widowiska”. Tak jak dzieci czasem bez skrępowania mówią do siebie i do rozmaitych wewnętrznych rozmówców (znajomych i obcych), nawet (a może i zwłaszcza) w obecności rodziców.

piątek, 28 sierpnia 2009

Jeden pies, albo „Nowy kostium błazna”

Listopad 2007, „Bunkier Sztuki”. W ramach obchodów 17-tej rocznicy śmierci Tadeusza Kantora – projekcja filmu Andrzeja Sapii, Istnieje tylko to, co się widzi.
Przykre wrażenie – pustoty w szacie zadumy (msza). Film zrealizowany nad podziw zręcznie – z tego, co dało się (wolno było?) wykorzystać: garść zdjęć i rysunków w różnych ujęciach. Jego przedmiot (wędrówki Kantora, głównie po południowej Europie) – wątpliwy. Obróbka i prezentacja materiału – ryzykowne. Głos lektora niepotrzebnie dramatyczny, wieszczowaty. Całość raczej nieszkodliwa.
Czy komuś się to przyda? Czy kogoś zainspiruje? To oczywiście możliwe – jak ze wszystkim. Cała ironia (właściwie odwieczny obłęd) leży w tym: ten film (i jemu podobne) zaciemnia cel i sens tych działań które próbuje ukazać, o których stara się opowiedzieć (rysowanie wszystkiego wokół, prowadzenie dziennika czy pamiętnika). Więcej – zakłamuje ich kierunek poprzez ikonizację autora (nostalgię, zdradliwe ulirycznienie, a przede wszystkim – wyróżnienie).
Czy Kantor był świadom swojej „everymeńskości”? Nie wątpię. Swojej dziwaczności? Też. Czy jednym z problemów, które próbował naświetlić nie była relacja między zwyczajnością a dziwactwem („wielkim artyzmem”, nadwrażliwością, nadpobudliwością, „nadczynnością” zmysłu obserwacji, refleksji itd.)? Czy nigdy nie dręczyło go, że być może nie da się sprawdzić, jak to wszystko wygląda „z drugiej strony” – oczami kogoś, kto nie chłonie świata tak namiętnie, nie uświadamia sobie aż tyle i nie analizuje tak gorączkowo? Że być może nie sposób upewnić się, że to jest „tak samo”, lecz mniej wnikliwie lub tylko mniej świadomie? Bo jeśli kształtujemy materię naszego doświadczenia, jeśli „układamy” ją w „treść”, to czy nasza specyfika nie odbiera nam dostępu do wspólnej, „nagiej” treści?
Ale jednak tę zwykłość Kantora – jego małość i bezbronność, jego zagubienie – widać w tym filmiku. Właśnie! Więc co? Spełnia swoją rolę dokumentalnej impresji o „wielkim artyście”? Przybliża go? Przybliża do niego? Chyba tak. Ale czy lepiej, niż jego teksty i rysunki? Na pewno zwięźlej, w bardziej zmasowany sposób, przez co silniej przemawia do wyobraźni.
Czego się więc czepiam? Co mi nie pasuje? Kult. Ale to jest w porządku! W pewnych granicach. W pewnych granicach… Kantor robił coś potrzebnego. Może nawet bardzo potrzebnego. Ale czy bardziej niż inne „wytwory kultury”? Musi, że tak – skoro się to bada, wystawia, wspomina, dokumentuje, skoro próbuje się ocalić jego dzieło i zatrzymać je. Ale też pewnie za dużo tego.
Jak udostępniać dzieło sztuki? Żeby ułatwić inspirowanie? Żeby utrudnić zatrzymywanie się na pozorach, na patynie? Ale jeśli ktoś łaknie patyny (albo zwyczajnie chwilowo jej potrzebuje)? Łatwo ją znajdzie – wszędzie jej pełno. Dlaczego pokrywać nią akurat dzieło i postać człowieka, który we wszystkich swoich publicznych akcjach starał się jej przeciwdziałać, ograniczać ją; który być może po to założył archiwum swojego teatru, żeby go przed nią uchronić?
Mówię „być może”, bo nasuwa mi się też i taka intencja: żeby badać proces powstawania patyny – wietrzenia twardego podłoża pod wpływem reakcji chemicznych, tak powolnych, że niemal niezauważalnych (albo jak biolog, nastawiający kulturę bakterii lub pleśni, by następnie codziennie oglądać ją pod mikroskopem).
Taka jego intencja wydaje mi się tym bardziej możliwa, że chyba nie wierzył w „opakowanie” całego Cricotu. Musiał być świadom nieodwracalności jego wystawienia na widok publiczny – jego bezbronności jako konstrukcji równie silnej w swoim oddziaływaniu, co podatnej na uszkodzenia (na deformacje); zatem i nieuchronności jego „utleniania”.
Całkiem wbrew słowom Kantora o wrażliwości i obracaniu całego życia w sztukę jego dzieło (i wielu innych) jak gdyby „topi się w formalinie”, balsamuje się je, więcej nawet – knebluje. Muzea i galerie często paradoksalnie walczą z dziełem. Ci, którzy szukają „chleba dla duszy” muszą się zdrowo napracować, żeby go wyłowić, żeby się do niego dogrzebać, wydrzeć go. Ale też tacy zawsze sobie poradzą. Jak też – potrzebują tego „oporu instytucji”.
Zawsze tak będzie. Trza się trudzić (po prostu). Jednak tzw. instytucje kultury powinny pomagać wrażliwości – żywić ją i chronić, wzmacniać, ułatwiając dostęp do sposobów „radzenia sobie” wykształconych przez wielkich. Przeciwności będą zawsze. Sztuka ekspozycji dzieł to szczególna sztuka aktu – takiego ich wystawiania, które gwarantuje im bezbronność, nagość, nie narażając ich przy tym na banalną goliznę, albo, co gorsza, na pornografię.
Swoją drogą, ta totalność artystyczna jest jak grzebanie łapkami w ziemi – jak piesek. Długo tak można? Pies-obsesjonat? Czy nie jest w stosunku do innych psów wykolejony? Chyba nie zgadzam się na sztukę, która nie jest terapią. Albo zabawą (w rozumieniu Cwietajewej i Tagore’a). Owszem, alienacja jest chlebem powszednim ludzi, którzy poświęcili się twórczemu życiu, ale zgłębianie alienacji tylko ją pogłębia. Sztuka awangardowa to dziś często tylko opium alienacji (na równi z nobilitacją banału), przydawanie wartości jej jądru – tworzenie dlań rynku. Mamy dziś akademie rozdrapywania ran i wydumanej blagi, uczelnie dla hochsztaplerów i chorych żebraków (komediantów powszedniości). A potem – do galerii, na portale internetowe, do kolorowych magazynów. Wszystko w eleganckiej oprawie. Elityzacja dostępu do sacrum. Klerykalizacja, czyli propagowanie masochistycznych (tj. zastępczych) praktyk erotycznych oraz uśmierzających poczucie bezradności i pustki opowiastek w zamian za przywileje podatkowe. Po staremu. Tyle, że po świecku, tj. instytucjonalizacja prometeizmu i syzyfizmu za niewielką opłatą członkowską (wyznanie wiary i ewentualnie bicie się w pierś). Oczywiście, pod maską akwizytora lub cygana – męczeństwo tym wznioślejsze, że ukryte. Jawny ketman w najlepszym z możliwych ustrojów. Jeden pies. Czy-li bies?

piątek, 21 sierpnia 2009

Dziwne zwierzęta

Kobiety - dziwne zwierzęta. Jakaś część mnie tak sobie czasem mówi. Ta, która myśli (a może tylko mówi?) o sobie „mężczyzna”. A kto mówi: „Mężczyźni. Dziwne zwierzęta” (tak właśnie, nie: „Dziwne z nas zwierzęta”)? Czy ten ktoś nie patrzy oczami kobiety? Czy nie odtwarza w wyobraźni (jak często dzieci naśladują miny dorosłych, próbując w ten sposób zrozumieć emocje i postawy, które się za nimi kryją oraz przyswoić je sobie) tego spojrzenia z góry, przepełnionego niedowierzającym zadziwieniem, w którym wyraża się daremność doszukiwania się sensu tam, gdzie go w ogóle nie ma?

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Chlew?

Chcąc doprowadzić do końca cały ten „ciąg domina” – nadać mu gładkość i pozór płynności (ujmując to inaczej: precyzyjnie zmontować, by uzyskać „na ekranie” doskonałą iluzję nieprzerwanego ruchu) – muszę cały czas powracać w te struktury, które chcę zdemontować i poddawać się ich naciskowi. Jest tak, jakbym przymierzał ciężką zbroję tylko po to, żeby dobrze zapamiętać i opisać, jak się w niej czuję. Ale nie na podstawie wspomnień z bitew, pojedynków i turniejów, lecz tak jak bym już był człowiekiem wolnym od tego zamętu, więcej – jakbym nigdy nie doświadczył tego szaleństwa nie jako szaleństwa, lecz jako właściwego, powszedniego smaku życia. Ale tak też muszę to opisać i zapewne właśnie przeskakiwanie pomiędzy tymi dwoma punktami widzenia – nawykłym i nienawykłym, inicjowanym (napiętnowanym) i niewinnym (poczciwym) – tak mnie wyczerpuje.

Albo jest tak, jakbym czyścił jakieś zapaprane pomieszczenie silnie żrącymi środkami i musiał co chwila wychodzić, by zaczerpnąć tchu. I tak w kółko, żeby w końcu paść zamroczony gdzieś w stogu siana. A po nie dość słodkiej drzemce, napiwszy się ciepłej wody i zagryzłszy kanapką, znów wracać do roboty.

piątek, 26 czerwca 2009

Koniec końcow,

Najgorsze to usłyszeć: „A cóż ci się takiego stało?! Wszyscy cierpimy!” Taak? To dlaczego nie wyjecie o tym? Poza tym, kto ma mierzyć ból? Czy bardziej męczy się ten kogo zgnojono, ale w końcu się wyrwał, czy ten kogo „tylko trochę sponiewierano”, ale obrzydzono mu tym życie i wystraszono tak dokumentnie, że nie ma dokąd się wyrwać, bo wszędzie i wszystko tak samo boli – każda odrobina sukcesu, każda chwila zasłużonej dumy? Byle gratulacje, byle pochwała i od razu ta sama gula w gardle i zarzekanie się, że „to nic wielkiego, drobnostka”. Każde spojrzenie wyrażające uznanie albo co gorsza seksualne zainteresowanie lub wyzwanie – od razu paraliż i zerkanie na boki albo przybieranie twardej lub wręcz wrogiej miny. „Zdrewnienie” – udawanie umarlaka, aż drapieżny zwierz straci zainteresowanie i sobie pójdzie (czasem to nie wystarcza – trzeba odepchnąć).
No, ale z drugiej strony strach też jest względny – jeden się wystraszy, ale pójdzie naprzód, drugi stanie i nigdzie się nie ruszy. To zależy od skojarzeń - tego, jak przykre są dla nas. Ale skoro tak, to czy możemy się winić? I czy wolno nam komukolwiek powiedzieć: „Nie zrobiłeś wszystkiego, na co cię stać”? Skoro ten ktoś zawsze może odpowiedzieć: „A po co miałbym? Żeby przeżyć? Ale może nie warto? – Nawet, jeśli tam nic nie ma”… I nawet komfort powiedzenia sobie po cichu: „Idź z Bogiem, głupcze” nie wydaje się dozwolony bez zastrzeżeń. Bo czy mówiąc tak, nie chcemy raczej uchylić się od powiedzenia: „Nie rozumiem” lub nawet: „Może to ja jestem głupi w swoim przekonaniu”?

Literatura „kończy się” już od stu lat. No, niech będzie – pięćdziesięciu. Ale, ponieważ nie mamy nic w zamian – jeszcze nie dojrzeliśmy (jeszcze się nie przebrała miara?), nie rozprzęgły się wiązania form komunikacji (i nie skrystalizowały na szerszą skalę nowe) – piszemy. To wciąż jeszcze się przydaje. I bez względu na to jak bolesne czy biedne jest to, co ma się do przekazania, trzeba to przekazać z całą mocą i z całą zuchwałością i żarliwością, na jakie nas stać – żeby ciekawskie zwierzę o jedną sekundę dłużej zatrzymało wzrok, żeby przeżuło o jedno zdanie więcej. Nie po to, żeby zostać wysłuchanym (ta potrzeba częściowo spala się już w samym pisaniu), ale po to, żeby to zwierciadło bólu mogło służyć też za źródło mocy – za wodopój. Jak lament wykuty w kamieniu – chłodny, lecz kojący nerwy. „Tutaj ujrzałem swoje cierpienie i tu je pozostawiam. Odchodzę z sercem czystym i lekkim”.

środa, 24 czerwca 2009

Głupota czy nie?

Macie do czynienia z głupkiem nr 1.

Użyłem słowa „głupek” mimowolnie i nieumyślnie. Lecz, skoro to zrobiłem, nie będę go równie pochopnie wycofywał (nauczony świeżym przykładem). Bo może się okazać, że zachowanie, którego typowy przykład zaraz wam opiszę, całkiem słusznie podpada pod jedno ze znaczeń tego słowa. Ten bowiem, kto nie umie myśleć, zawsze ma jeszcze szansę nauczyć się jako tako to robić. Co jednak ma począć ten, kto nawykowo, nie tyle wątpi, co podważa swe najbłahsze zamiary, wszelkie nowe pomysły działania, a nawet wręcz działa wbrew nim, jeśli nie ma dla nich gotowego uzasadnienia? Ale po kolei.

Ostatnio jest na tyle ciepło, że od kilku dni chodzę w półbutach. Dziś, wychodząc w pośpiechu do miasta, odruchowo sięgnąłem po półocieplane buty z cholewką. Ale od razu powiedziałem sobie: „Znów spocą mi się stopy. Założę półbuty”. Na wszelki wypadek rzuciłem jeszcze okiem przez okno – wszystko wyglądało OK. Zerknąłem na termometr – 8 stopni. Gdy tylko wyszedłem z bramy, zobaczyłem, że kropi. „Aa, no tak!”, pomyślałem, ale zaraz się pocieszyłem: „Taki tam deszcz…” Lecz tylko po to, by po przejściu przez trawnik pod blokiem na chodnik tuż przy jezdni, zorientować się, że pada już od dłuższej chwili, bo wąski pas nagiej ziemi, który kiedyś był trawnikiem,ciągnący się od przystanku do kiosku zupełnie zmiękł i jeszcze chwila, a zmieni się w gęste błoto. „Było usłuchać!?”

Po paru ładnych minutach czekania na przystanku (tym po drugiej stronie ulicy, zadaszonym), tak mi się zrobiło zimno, że ze zniecierpliwieniem zacząłem wyglądać autobusu (który wyjeżdża zza zakrętu, ale ponad garażami i ogrodzeniami można przez chwilę ujrzeć jego dach pomiędzy budynkami jeszcze przecznicę wcześniej). Deszcz wkrótce wzmógł się do tego stopnia, że grzecznie usiadłem na ławeczce wiaty i kiedy autobus w końcu podjechał, czyhałem niemal aż do momentu, gdy się zatrzyma, żeby szybko przyskoczyć do drzwi. Niemal, bo z bezruchu jeszcze bardziej zmarzłem i nie mogłem się już doczekać, aż sobie wygodnie siądę przy oknie w ciepłym. Właściwie, zmarzłem aż tak dlatego, że poczucie klęski, wywołane zlekceważeniem kolejnego pomocnego podszeptu intuicji, sprawiło, że spadło mi krążenie i siedziałem cały spięty. To było nie tyle czekanie, co wyczekiwanie – na autobus-wybawcę, który miał mnie zabrać ze sceny mojej porażki. (Gdy przesiadałem się na tramwaj, lało już na całego.)

Głupota to więc, czy nie? Uporczywie ignorować wszystkie myśli, które pomagają zmienić podejście do życia, wszystkie „wieści z drugiej strony zasłony”?

środa, 6 maja 2009

Bomba władzy

Goły ślimak na torach, a dokładnie pomiędzy torami (ściślej: na betonowym wypełnieniu, tuż przy jednym z nich). Brudno-rudy (jak opadły liść, nieco już nadgniły). Pochylam się nad nim. „No to-ś się wybrał!”, mówię i ruszam dalej, ale po dwóch, trzech krokach odwracam się: „Może go zdejmę z tych torów? Ale jak go wziąć, przecież do ręki go nie wezmeuee!” Odwracam się w kierunku domku dróżnika i gdy w przelocie zerkam na okienko, przychodzi mi na myśl, że może dróżniczka która tam zwykle urzęduje, patrzy na mnie. Zastanawia ją może, czemu się tak przyglądam (jakbym przywoływał wzrokiem załatwiającego się albo uporczywie coś obwąchującego psa, podczas spaceru w chłodny poranek lub deszczowy dzień; nawiasem mówiąc, jest chłodnawy ranek):

— Co pan tak stoi na torach?!
— Prze’eż nidz nie jedzie! Spuści’aby pani szlaban. — Bo gdy pochylałem się nad ślimakiem, przemknęło mi przez głowę: „Szlaban! – a jak tak mi nagle opadnie za plecami?”.
— Ale może, a pam mi tam zostań’ i bedzie na mnie!
— To se przejde pocz szlabanem.
— A ja’ktoź zobaczy?
— To poem, że pani nie posuchał’m i bedzie na mnie.
— Taa… wídadże pan nidz nie miał z władzą do cz’nienia. To jez jag bomba – obrywa każdy, kto jez blisko!

No tak, „bomba władzy”. Tyka. Albo spada (to zależy od sektora władzy i formy kontaktu z nim).

Władza jest w gruncie rzeczy miejscem koncentracji siły życiowej („animuszu”). Władza musi kończyć się bombą takiego czy innego rodzaju, w przeciwieństwie do osobistej mocy, którą można zgromadzić i zużyć wedle swego uznania – wysłać ją dokąd się chce, w ściśle kontrolowanym natężeniu. Władza nie ma takiego wyboru. Mimo, że zasysa ona olbrzymią moc i teoretycznie może nią dysponować do woli, podlega mechanizmom obsługiwanym przez różnorakich operatorów i fachowców, którzy zapewniają sprawne funkcjonowanie systemu, koordynacji którego ma ona służyć. Nie jest więc łatwo uszczknąć mocy dla siebie. Co więcej, władza często nie ma pojęcia o tym, jak się z mocą obchodzić – nie znając innej aktywności poza wytwarzaniem, rozwijaniem i utrzymywaniem struktur (nie znając spontanicznej przyjemności), trwoni, tezauryzuje, bądź co najwyżej kapitalizuje tę odrobinę mocy, jaką uda się jej pozyskać dla siebie. Dlatego władza doznaje rozczarowania, bo okazuje się, że „bycie na szczycie” nie daje „wytchnienia”. Wtedy zaczyna wzbierać w niej złość na system za to, że nie spełnił swojej „obietnicy” – na wszystkich tych, którzy tworzą jego niższe ogniwa – za to, że nie są tylko ogniwami, lecz również ludźmi i podlegają tej samej niepewności potencjalności, od której władza chciała uciec i której istoty w związku z tym nie zgłębiła. Dlatego nie wie, jak się obchodzić z ludźmi – wolnymi i czującymi istotami. W gruncie rzeczy, oznacza to, że władza się do rządzenia nie nadaje – jej hierarchia wartości (i cała jej psychiczna ekonomia) jest nieprzystosowana do sprawowania rządów – że do tego nie dorosła, że nie stało jej wyobraźni i mądrości, albo zwyczajnie zaparła się swojego powołania (czy też minęła z nim przez nieuwagę).

Pierwszy ruch jest taki: stworzyć system zapewniający ciągłość władzy (poprzez jej przekazywanie na określonych prawem zasadach). Następnie rozrastający się system zużytkowuje coraz więcej energii. W ten sposób władza staje się swoim zaprzeczeniem – złudzeniem panowania i działania dla dobrobytu, podczas gdy naprawdę jest tylko sposobem przedłużania systemu (zasilania go, reprodukcji jego komponentów). System ten nie służy swobodnemu rozprzestrzenianiu energii życiowej i nadawaniu jej coraz to nowych kształtów (nie zapewnia tańca możliwości i fantazji na podłożu konieczności i „tego, co dane”). System władzy jest wtórny – jego racją bytu jest relegacja mocy życiowej i takie jej deponowanie, które pozwala usunąć ambiwalencję doświadczenia, lub choćby ukryć ją, poprzez jej dychotomizację i redefinicję przykrości, horroru, wstrętu i pustki jako różnych postaci zła, nienormy, albo (jeśli już przyznaje je w czystej postaci) uznania ich za usuwalne, uniknione, a nawet niezagrażające czy, koniec końców, zabawne bądź nieistotne. W ten sposób system władzy (czy cywilizacja, w takiej mierze, w jakiej jest mu podporządkowana, czy w inny sposób zależna odeń) jest systemem rozbratu z życiem i namiętnością i paktu ze śmiercią na rzecz przyjemności (ściślej rzecz biorąc jej wygodnego i bezpiecznego przeżywania – nieskażonego strachem, niepewnością i niedostatkiem).

Zamiast pewności sztuki, umiejętności oraz radości i łatwości (gładkości) i zamiast bezpieczeństwa wiary (zawierzenia i powierzenia się) zyskuje się bezpieczeństwo granic, bezpieczeństwo formy, pojemnika, który oczywiście jest też zarazem więzieniem (czego z początku się nie dostrzega i o czym później nie chce się wiedzieć, a co dość wcześnie daje o sobie znać).

Po powrocie do domu (a może nawet jeszcze w windzie) przyszło mi do głowy, że ona mogła jeszcze spać o tej porze. Ja zaraz się położę.