Najgorsze to usłyszeć: „A cóż ci się takiego stało?! Wszyscy cierpimy!” Taak? To dlaczego nie wyjecie o tym? Poza tym, kto ma mierzyć ból? Czy bardziej męczy się ten kogo zgnojono, ale w końcu się wyrwał, czy ten kogo „tylko trochę sponiewierano”, ale obrzydzono mu tym życie i wystraszono tak dokumentnie, że nie ma dokąd się wyrwać, bo wszędzie i wszystko tak samo boli – każda odrobina sukcesu, każda chwila zasłużonej dumy? Byle gratulacje, byle pochwała i od razu ta sama gula w gardle i zarzekanie się, że „to nic wielkiego, drobnostka”. Każde spojrzenie wyrażające uznanie albo co gorsza seksualne zainteresowanie lub wyzwanie – od razu paraliż i zerkanie na boki albo przybieranie twardej lub wręcz wrogiej miny. „Zdrewnienie” – udawanie umarlaka, aż drapieżny zwierz straci zainteresowanie i sobie pójdzie (czasem to nie wystarcza – trzeba odepchnąć).
No, ale z drugiej strony strach też jest względny – jeden się wystraszy, ale pójdzie naprzód, drugi stanie i nigdzie się nie ruszy. To zależy od skojarzeń - tego, jak przykre są dla nas. Ale skoro tak, to czy możemy się winić? I czy wolno nam komukolwiek powiedzieć: „Nie zrobiłeś wszystkiego, na co cię stać”? Skoro ten ktoś zawsze może odpowiedzieć: „A po co miałbym? Żeby przeżyć? Ale może nie warto? – Nawet, jeśli tam nic nie ma”… I nawet komfort powiedzenia sobie po cichu: „Idź z Bogiem, głupcze” nie wydaje się dozwolony bez zastrzeżeń. Bo czy mówiąc tak, nie chcemy raczej uchylić się od powiedzenia: „Nie rozumiem” lub nawet: „Może to ja jestem głupi w swoim przekonaniu”?
Literatura „kończy się” już od stu lat. No, niech będzie – pięćdziesięciu. Ale, ponieważ nie mamy nic w zamian – jeszcze nie dojrzeliśmy (jeszcze się nie przebrała miara?), nie rozprzęgły się wiązania form komunikacji (i nie skrystalizowały na szerszą skalę nowe) – piszemy. To wciąż jeszcze się przydaje. I bez względu na to jak bolesne czy biedne jest to, co ma się do przekazania, trzeba to przekazać z całą mocą i z całą zuchwałością i żarliwością, na jakie nas stać – żeby ciekawskie zwierzę o jedną sekundę dłużej zatrzymało wzrok, żeby przeżuło o jedno zdanie więcej. Nie po to, żeby zostać wysłuchanym (ta potrzeba częściowo spala się już w samym pisaniu), ale po to, żeby to zwierciadło bólu mogło służyć też za źródło mocy – za wodopój. Jak lament wykuty w kamieniu – chłodny, lecz kojący nerwy. „Tutaj ujrzałem swoje cierpienie i tu je pozostawiam. Odchodzę z sercem czystym i lekkim”.
piątek, 26 czerwca 2009
Koniec końcow,
Etykiety:
biedny,
ból,
głupi,
kamień,
komunikacja,
lament,
literatura,
moc,
obrzydzenie,
paraliż,
pisanie,
skojarzenie,
strach,
zuchwałość,
zwierciadło,
zwierzęta,
żarliwość
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz