piątek, 28 sierpnia 2009

Jeden pies, albo „Nowy kostium błazna”

Listopad 2007, „Bunkier Sztuki”. W ramach obchodów 17-tej rocznicy śmierci Tadeusza Kantora – projekcja filmu Andrzeja Sapii, Istnieje tylko to, co się widzi.
Przykre wrażenie – pustoty w szacie zadumy (msza). Film zrealizowany nad podziw zręcznie – z tego, co dało się (wolno było?) wykorzystać: garść zdjęć i rysunków w różnych ujęciach. Jego przedmiot (wędrówki Kantora, głównie po południowej Europie) – wątpliwy. Obróbka i prezentacja materiału – ryzykowne. Głos lektora niepotrzebnie dramatyczny, wieszczowaty. Całość raczej nieszkodliwa.
Czy komuś się to przyda? Czy kogoś zainspiruje? To oczywiście możliwe – jak ze wszystkim. Cała ironia (właściwie odwieczny obłęd) leży w tym: ten film (i jemu podobne) zaciemnia cel i sens tych działań które próbuje ukazać, o których stara się opowiedzieć (rysowanie wszystkiego wokół, prowadzenie dziennika czy pamiętnika). Więcej – zakłamuje ich kierunek poprzez ikonizację autora (nostalgię, zdradliwe ulirycznienie, a przede wszystkim – wyróżnienie).
Czy Kantor był świadom swojej „everymeńskości”? Nie wątpię. Swojej dziwaczności? Też. Czy jednym z problemów, które próbował naświetlić nie była relacja między zwyczajnością a dziwactwem („wielkim artyzmem”, nadwrażliwością, nadpobudliwością, „nadczynnością” zmysłu obserwacji, refleksji itd.)? Czy nigdy nie dręczyło go, że być może nie da się sprawdzić, jak to wszystko wygląda „z drugiej strony” – oczami kogoś, kto nie chłonie świata tak namiętnie, nie uświadamia sobie aż tyle i nie analizuje tak gorączkowo? Że być może nie sposób upewnić się, że to jest „tak samo”, lecz mniej wnikliwie lub tylko mniej świadomie? Bo jeśli kształtujemy materię naszego doświadczenia, jeśli „układamy” ją w „treść”, to czy nasza specyfika nie odbiera nam dostępu do wspólnej, „nagiej” treści?
Ale jednak tę zwykłość Kantora – jego małość i bezbronność, jego zagubienie – widać w tym filmiku. Właśnie! Więc co? Spełnia swoją rolę dokumentalnej impresji o „wielkim artyście”? Przybliża go? Przybliża do niego? Chyba tak. Ale czy lepiej, niż jego teksty i rysunki? Na pewno zwięźlej, w bardziej zmasowany sposób, przez co silniej przemawia do wyobraźni.
Czego się więc czepiam? Co mi nie pasuje? Kult. Ale to jest w porządku! W pewnych granicach. W pewnych granicach… Kantor robił coś potrzebnego. Może nawet bardzo potrzebnego. Ale czy bardziej niż inne „wytwory kultury”? Musi, że tak – skoro się to bada, wystawia, wspomina, dokumentuje, skoro próbuje się ocalić jego dzieło i zatrzymać je. Ale też pewnie za dużo tego.
Jak udostępniać dzieło sztuki? Żeby ułatwić inspirowanie? Żeby utrudnić zatrzymywanie się na pozorach, na patynie? Ale jeśli ktoś łaknie patyny (albo zwyczajnie chwilowo jej potrzebuje)? Łatwo ją znajdzie – wszędzie jej pełno. Dlaczego pokrywać nią akurat dzieło i postać człowieka, który we wszystkich swoich publicznych akcjach starał się jej przeciwdziałać, ograniczać ją; który być może po to założył archiwum swojego teatru, żeby go przed nią uchronić?
Mówię „być może”, bo nasuwa mi się też i taka intencja: żeby badać proces powstawania patyny – wietrzenia twardego podłoża pod wpływem reakcji chemicznych, tak powolnych, że niemal niezauważalnych (albo jak biolog, nastawiający kulturę bakterii lub pleśni, by następnie codziennie oglądać ją pod mikroskopem).
Taka jego intencja wydaje mi się tym bardziej możliwa, że chyba nie wierzył w „opakowanie” całego Cricotu. Musiał być świadom nieodwracalności jego wystawienia na widok publiczny – jego bezbronności jako konstrukcji równie silnej w swoim oddziaływaniu, co podatnej na uszkodzenia (na deformacje); zatem i nieuchronności jego „utleniania”.
Całkiem wbrew słowom Kantora o wrażliwości i obracaniu całego życia w sztukę jego dzieło (i wielu innych) jak gdyby „topi się w formalinie”, balsamuje się je, więcej nawet – knebluje. Muzea i galerie często paradoksalnie walczą z dziełem. Ci, którzy szukają „chleba dla duszy” muszą się zdrowo napracować, żeby go wyłowić, żeby się do niego dogrzebać, wydrzeć go. Ale też tacy zawsze sobie poradzą. Jak też – potrzebują tego „oporu instytucji”.
Zawsze tak będzie. Trza się trudzić (po prostu). Jednak tzw. instytucje kultury powinny pomagać wrażliwości – żywić ją i chronić, wzmacniać, ułatwiając dostęp do sposobów „radzenia sobie” wykształconych przez wielkich. Przeciwności będą zawsze. Sztuka ekspozycji dzieł to szczególna sztuka aktu – takiego ich wystawiania, które gwarantuje im bezbronność, nagość, nie narażając ich przy tym na banalną goliznę, albo, co gorsza, na pornografię.
Swoją drogą, ta totalność artystyczna jest jak grzebanie łapkami w ziemi – jak piesek. Długo tak można? Pies-obsesjonat? Czy nie jest w stosunku do innych psów wykolejony? Chyba nie zgadzam się na sztukę, która nie jest terapią. Albo zabawą (w rozumieniu Cwietajewej i Tagore’a). Owszem, alienacja jest chlebem powszednim ludzi, którzy poświęcili się twórczemu życiu, ale zgłębianie alienacji tylko ją pogłębia. Sztuka awangardowa to dziś często tylko opium alienacji (na równi z nobilitacją banału), przydawanie wartości jej jądru – tworzenie dlań rynku. Mamy dziś akademie rozdrapywania ran i wydumanej blagi, uczelnie dla hochsztaplerów i chorych żebraków (komediantów powszedniości). A potem – do galerii, na portale internetowe, do kolorowych magazynów. Wszystko w eleganckiej oprawie. Elityzacja dostępu do sacrum. Klerykalizacja, czyli propagowanie masochistycznych (tj. zastępczych) praktyk erotycznych oraz uśmierzających poczucie bezradności i pustki opowiastek w zamian za przywileje podatkowe. Po staremu. Tyle, że po świecku, tj. instytucjonalizacja prometeizmu i syzyfizmu za niewielką opłatą członkowską (wyznanie wiary i ewentualnie bicie się w pierś). Oczywiście, pod maską akwizytora lub cygana – męczeństwo tym wznioślejsze, że ukryte. Jawny ketman w najlepszym z możliwych ustrojów. Jeden pies. Czy-li bies?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz