środa, 6 maja 2009

Bomba władzy

Goły ślimak na torach, a dokładnie pomiędzy torami (ściślej: na betonowym wypełnieniu, tuż przy jednym z nich). Brudno-rudy (jak opadły liść, nieco już nadgniły). Pochylam się nad nim. „No to-ś się wybrał!”, mówię i ruszam dalej, ale po dwóch, trzech krokach odwracam się: „Może go zdejmę z tych torów? Ale jak go wziąć, przecież do ręki go nie wezmeuee!” Odwracam się w kierunku domku dróżnika i gdy w przelocie zerkam na okienko, przychodzi mi na myśl, że może dróżniczka która tam zwykle urzęduje, patrzy na mnie. Zastanawia ją może, czemu się tak przyglądam (jakbym przywoływał wzrokiem załatwiającego się albo uporczywie coś obwąchującego psa, podczas spaceru w chłodny poranek lub deszczowy dzień; nawiasem mówiąc, jest chłodnawy ranek):

— Co pan tak stoi na torach?!
— Prze’eż nidz nie jedzie! Spuści’aby pani szlaban. — Bo gdy pochylałem się nad ślimakiem, przemknęło mi przez głowę: „Szlaban! – a jak tak mi nagle opadnie za plecami?”.
— Ale może, a pam mi tam zostań’ i bedzie na mnie!
— To se przejde pocz szlabanem.
— A ja’ktoź zobaczy?
— To poem, że pani nie posuchał’m i bedzie na mnie.
— Taa… wídadże pan nidz nie miał z władzą do cz’nienia. To jez jag bomba – obrywa każdy, kto jez blisko!

No tak, „bomba władzy”. Tyka. Albo spada (to zależy od sektora władzy i formy kontaktu z nim).

Władza jest w gruncie rzeczy miejscem koncentracji siły życiowej („animuszu”). Władza musi kończyć się bombą takiego czy innego rodzaju, w przeciwieństwie do osobistej mocy, którą można zgromadzić i zużyć wedle swego uznania – wysłać ją dokąd się chce, w ściśle kontrolowanym natężeniu. Władza nie ma takiego wyboru. Mimo, że zasysa ona olbrzymią moc i teoretycznie może nią dysponować do woli, podlega mechanizmom obsługiwanym przez różnorakich operatorów i fachowców, którzy zapewniają sprawne funkcjonowanie systemu, koordynacji którego ma ona służyć. Nie jest więc łatwo uszczknąć mocy dla siebie. Co więcej, władza często nie ma pojęcia o tym, jak się z mocą obchodzić – nie znając innej aktywności poza wytwarzaniem, rozwijaniem i utrzymywaniem struktur (nie znając spontanicznej przyjemności), trwoni, tezauryzuje, bądź co najwyżej kapitalizuje tę odrobinę mocy, jaką uda się jej pozyskać dla siebie. Dlatego władza doznaje rozczarowania, bo okazuje się, że „bycie na szczycie” nie daje „wytchnienia”. Wtedy zaczyna wzbierać w niej złość na system za to, że nie spełnił swojej „obietnicy” – na wszystkich tych, którzy tworzą jego niższe ogniwa – za to, że nie są tylko ogniwami, lecz również ludźmi i podlegają tej samej niepewności potencjalności, od której władza chciała uciec i której istoty w związku z tym nie zgłębiła. Dlatego nie wie, jak się obchodzić z ludźmi – wolnymi i czującymi istotami. W gruncie rzeczy, oznacza to, że władza się do rządzenia nie nadaje – jej hierarchia wartości (i cała jej psychiczna ekonomia) jest nieprzystosowana do sprawowania rządów – że do tego nie dorosła, że nie stało jej wyobraźni i mądrości, albo zwyczajnie zaparła się swojego powołania (czy też minęła z nim przez nieuwagę).

Pierwszy ruch jest taki: stworzyć system zapewniający ciągłość władzy (poprzez jej przekazywanie na określonych prawem zasadach). Następnie rozrastający się system zużytkowuje coraz więcej energii. W ten sposób władza staje się swoim zaprzeczeniem – złudzeniem panowania i działania dla dobrobytu, podczas gdy naprawdę jest tylko sposobem przedłużania systemu (zasilania go, reprodukcji jego komponentów). System ten nie służy swobodnemu rozprzestrzenianiu energii życiowej i nadawaniu jej coraz to nowych kształtów (nie zapewnia tańca możliwości i fantazji na podłożu konieczności i „tego, co dane”). System władzy jest wtórny – jego racją bytu jest relegacja mocy życiowej i takie jej deponowanie, które pozwala usunąć ambiwalencję doświadczenia, lub choćby ukryć ją, poprzez jej dychotomizację i redefinicję przykrości, horroru, wstrętu i pustki jako różnych postaci zła, nienormy, albo (jeśli już przyznaje je w czystej postaci) uznania ich za usuwalne, uniknione, a nawet niezagrażające czy, koniec końców, zabawne bądź nieistotne. W ten sposób system władzy (czy cywilizacja, w takiej mierze, w jakiej jest mu podporządkowana, czy w inny sposób zależna odeń) jest systemem rozbratu z życiem i namiętnością i paktu ze śmiercią na rzecz przyjemności (ściślej rzecz biorąc jej wygodnego i bezpiecznego przeżywania – nieskażonego strachem, niepewnością i niedostatkiem).

Zamiast pewności sztuki, umiejętności oraz radości i łatwości (gładkości) i zamiast bezpieczeństwa wiary (zawierzenia i powierzenia się) zyskuje się bezpieczeństwo granic, bezpieczeństwo formy, pojemnika, który oczywiście jest też zarazem więzieniem (czego z początku się nie dostrzega i o czym później nie chce się wiedzieć, a co dość wcześnie daje o sobie znać).

Po powrocie do domu (a może nawet jeszcze w windzie) przyszło mi do głowy, że ona mogła jeszcze spać o tej porze. Ja zaraz się położę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz