Wracać do książek – ta potrzeba często się we mnie odzywa. Pytanie, do których? Nigdy nie znajduje się czasu na ustalenie kryteriów – które w pierwszej kolejności, które przeczytać od deski do deski, a w które tylko na chwilę się zagłębić, przeczytać najważniejsze rozdziały. Stąd zawsze te powroty są cząstkowe, wyrywkowe jak krótkie wizyty – chwile wytchnienia pośród mnóstwa spraw do załatwienia. Marzę czasem (kto z piszących i czytających o tym nie marzy?), że przeczytam jakąś powieść jeszcze raz, od początku do końca, najlepiej za jednym posiedzeniem. To są marzenia, które pomagają czasem pchać naprzód sprawy bieżące, a których realizację odkłada się na dalszą przyszłość – jakieś „stateczne życie”, emeryturę, albo co? Że niby jak będę miał stałą pracę i rodzinę, to sobie sięgnę po ten, czy ów tytuł i „zagłębię się w lekturze”, w łikend albo na wczasach. Mrzonka! – spojrzenie wstecz, za siebie, przybierające pozór przyszłości (rzutujące się w nią), która sobie zeń nic nie robi, lecz konsekwentnie powstaje z teraźniejszych czynów. Tak jak mgła nad mokradłem te marzenia są wykwitem – efektem, nie przyczyną.
Ale są też inne, twórcze marzenia – wizje, do których się powraca. Tak jak dłuto osadza się wciąż w tym samym zagłębieniu. Te wizje (idole, medytacyjne bożki) pulsują jak membrana bębna, jak telegraf drgają niewidoczne, a jednak poruszają. A jednak – napotykając opór – wydają dźwięk.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz