sobota, 25 kwietnia 2009

Bidny Duch

„Który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie, cześć i chwałę”. Tyle razy słyszałem te słowa, tyle razy je powtarzałem. Podskórnie mnie one dziwiły. Uznałem, że Duch Święty to jakaś ważna osobistość, jednak nie na tyle potężna czy wyrazista, żeby zjednać sobie poważanie wśród ludzi. Dlatego trzeba im o tym przypominać i zapewniać ich o tym; że Ducha Świętego łatwo zlekceważyć, bo nic szczególnego nie robi (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że „pociesza” i „utwierdza w prawdzie”). Już same słowa „który z Ojca i Syna pochodzi” i to powtórzenie „Ojca i Syna” – jakby usilne – sprawiały na mnie wrażenie, że Duch Święty właśnie różni się od nich dwu, że jest kimś w rodzaju „dziwnego wujka”, że jest jak to dziecko, o którym nauczyciele mówią, że jest w porządku, mądre, grzeczne, dobre i takie tam i przykazują innym dzieciom lubić je, szanować i chronić (nie bić, nie przezywać, nie zaczepiać), pomimo wyraźnej niechęci grupy czy aury śmieszności, która je otacza: „To Duch Święty. Bądźcie dla niego dobrzy. Nie pomijajcie go przy dzieleniu się słodyczami, nie wykluczajcie go z zabawy. Jest taki sam, jak Ojciec i Syn”. Tyle, że łączą go z nimi dziwne stosunki, których nie da się wyrazić w prostych słowach określających pokrewieństwo (o powinowactwie nie może być mowy, bo w tym towarzystwie nie praktykuje się innych związków, niż pozamałżeńskie) – przecież „pochodzi” z dwóch „mężczyzn”.

Te słowa Credo, pozbawione ich historycznego kontekstu nie tylko brzmią nieprzekonująco, ale mogą nawet wzbudzić podejrzenie, że sprawy mają się dokładnie odwrotnie, niż się je przedstawia. No, bo po co powtarzać z namaszczeniem to, co powinno być jasne dla wszystkich? Skoro nie jest, to czemu się o tym nie mówi, nie wyjaśnia?* I tak ze wszystkim w Kościele Kat. Jak tu ufać nauczaniu instytucji, która całą moc wyjaśniania zainwestowała w rozum i manipulacje słowem, bo żadne czyste serce nie mogło przyjąć bez zgrozy i odrazy doktryny, która sprzeciwiała się życiu, która kazała je dławić i marnować.

Poczułem w każdym razie sympatię dla Ducha – był gołębiem, a nie człowiekiem, jak tamci dwaj. Mówiono jednak, że jest osobą, a gołąb jest tylko jego postacią (cokolwiek by to miało znaczyć), więc trochę go żałowałem - że takie z niego „niewiadomoco”. To dlatego, że sam czułem się niewiadomoczym – już choćby z tej racji, że „oni” mogli tam stać i nie dziwić się temu wszystkiemu. Stać i nie nudzić się! Tłumaczyłem sobie (tak mi też mówiono), że jak będę starszy, to zrozumiem to lepiej i będę umiał w pełni uczestniczyć we mszy.

W jakimś sensie to się potwierdziło. Jednak potrzebne były kursy z historii chrześcijaństwa:) No i kazania nie mógłbym wysłuchać bez znużenia (albo oburzenia**) Trzeba wiary, żeby mówić zajmująco, a żeby wierzyć w tę niedorzeczność, trzeba albo być świętym-ekstatykiem (często = histerykiem), albo traktować całą tę doktrynę o śmierci na krzyżu i naśladownictwie z przymrużeniem oka. Tylko, że w tym drugim przypadku zawsze jest się narażonym na zarzut bezbożności ze strony dewotek i dewotów (a to przecie moc wiernych). Poza tym, jest się wtedy na obrzeżach katolicyzmu – gdzieś w rejonie areligijnego przewodnictwa duchowego, albo ewangelizmu (czy innego protestantyzmu).

No jakże można było z zasad uczynić osoby! To albo ewangelie się mylą, albo Ojcowie Kościoła. Jasne, że nie mogli oni – wiarę w bogów uznawszy za przesąd niestosowny dla filozofa – przyjąć, że jest jakaś domena, gdzie ktoś króluje – ktoś konkretny. Musieli z niego zrobić metafizycznego „boga jedynego”. Pierwsi chrześcijanie mogli jeszcze poczciwie wierzyć, że bogowie greccy, azjatyccy i egipscy to demony (Dzeusa nie wyłączając). Po Orygenesie to już było niemożliwe. A ten, jak wiadomo, był uczniem Filona, który był Żydem. O ile jednak Filon mógł sobie na dywagacje o logosie pozwolić (bo jego Bóg, choć osobowy, nigdy się nie wcielił i nie oczekiwał miłości, ani poświęcenia innego rodzaju, niż takie, które przejawiają się w przestrzeganiu Prawa), o tyle Orygenes, Klemens i Grzegorze pogrywali już z człowiekiem, który oddał (męczeńsko, dodajmy) swoje życie za innych. I był to akt miłości. Zrobić z męki i miłości zasady to nawet pożyteczne. Ale zrobić z jednego człowieka zasadę – to już urąga rozumowi. Kolegom z Azji i Egiptu to jednak nie przeszkadzało. Nie mieli przy tym dość odwagi, żeby przyznać za Tertulianem, że to niedorzeczne. Ich usiłowania (także Klemensa i Augustyna), gdyby przyjrzeć się ich biografiom, mogłyby się okazać kluczem do tego wielkiego fałszerstwa, jakim jest cała teologia chrześcijańska w stosunku do nauki i świadectwa ewangelii, począwszy od I Soboru Powszechnego. Przy czym, każdy śmiałek, który próbował dojść z tym do ładu, w którą bądź stronę (czy był to Joachim z Fiore czy Mistrz Eckhart), był skutecznie zagłuszany lub co najmniej dyskredytowany.

Celnie skomentował tę sytuację Jung w eseju „Odpowiedź Hiobowi”:

w interesie ciągłości tradycji i w interesie kościoła trzeba było równie energicznie podkreślać jednorazowy charakter wcielenia i dzieła zbawienia, co pomniejszać, a nawet ignorować, fakt postępującego zamieszkania Ducha Świętego w ludziach. (tłum. z jęz. niemieckiego Jerzy Prokopiuk, Warszawa 1995, s. 133-4)

cdn.

* I tak ze wszystkim w Kościele Kat. Jak tu ufać nauczaniu instytucji, która całą moc wyjaśniania zainwestowała w rozum i manipulacje słowem, bo żadne czyste serce nie mogło przyjąć bez zgrozy i odrazy doktryny, która sprzeciwiała się życiu, która kazała je dławić i marnować?
** Jeszcze dziś pamiętam swoje oburzenie stylem intonacji i przemawiania mojego kuzyna podczas jego mszy prymicyjnej.

sobota, 28 marca 2009

Naokoło determinizmu ("Wstyd mi, ale wciąż czuję się podmiotem")

Czy nie lepiej, zamiast narzekać ciągle na warunki społeczne, sytuację polityczną, trudne dzieciństwo itd., odpowiedzialność za swoją opłakaną sytuację zrzucić na ograniczoną horyzontem poznania/doświadczenia inwencję własną? Bo jeśli przyznaję w końcu, że sam sobie stworzyłem powody swoich niepowodzeń (swoich zahamowań, swoich strachów) – mechanizmy je napędzające – to tym samym przywracam sobie prawo i władzę (moc) stworzenia nowych (tak powodów, jak i niepowodzeń) – moc odwagi, motywacji i zadowolenia.
Lepiej tak, niż uporczywie usiłować zapewnić sobie „warunki odzyskania łatwości (wiary, pewności siebie)”, będąc równocześnie wciąż w sidłach dawnych powodów swoich klęsk, na których przyczyny i pierwotny kształt nie miało się wpływu. Tak jak nie można być pewnym, jakie będą te nowe sukcesy, dla których „warunki” pragnie się stworzyć. A raczej wmawia się sobie, że się za to weźmie, zbytnio się do tego nie kwapiąc, bo przecież: skoro wszystko mnie ukształtowało, a ja niczego, to i tak na nic nie mam wpływu, nic nie mogę sam spowodować, więc do zabrania się za stwarzanie właściwych warunków też musi nadarzyć się odpowiednia okazja. I przede wszystkim: jaką to może mieć dla mnie wartość, skoro sam jestem tylko wypadkową sił (skutkiem zdarzeń losowych) i moje życie nie jest wcale moje, lecz przypadkiem takim mi się zdało?
Nie warto.

sobota, 14 marca 2009

Czas manifestów

Gdzie ja to czytałem, o kim to czytałem: „Wiedział, że czas manifestów przeminął”?
Stara śpiewka. Każda epoka wierzy lub chce wierzyć, że obaliła poprzednią (i podsumowała wszystkie poprzednie) i w ten sposób skończyła z nią. Postmodernizm chełpi się, że rozpuścił wszystkie poprzednie epoki (w sosie powszechnego przyzwolenia i oceanie informacji) – że zakończył historię (rozbratał się z „człowiekiem”). Zezwala na wszelką dialektykę, oprócz dialektyki procesu historycznego. Ale: jeśli przyjmuje się, że żadna pozycja nie jest ostateczna, to…
Noąm?
…
Manifesty? Ich era dopiero nadchodzi. Era prawdziwych manifestów. Dotychczasowe były w większości tylko słabo skrywanymi wyrazami bezsilnej żądzy przemocy, gwałtownego odwetu – odgrażaniem się (zwijcie to, jak chcecie). Nie wyłączając surrealistów (którzy przecież w większości sympatyzowali z komunizmem radzieckim – z mieszczańskiego poczucia winy?). W tym samym tonie został napisany – a wygłoszony w jeszcze ostrzejszym (ponieważ przemawiający nie zdawał sobie sprawy z mocy megafonu i usiłował przekrzyczeć tłum) – manifest stowarzyszenia „Miłość bez granic” na zeszłorocznym Marszu Równości.
I to właściwie jest znamienne dla miłości po drugiej wojnie światowej* – że w strachu przed obnażeniem wyraża się w ataku, napaści, naruszeniu granic. Po 11 Września ta tendencja może nawet wzrosła. „Przyjdziemy do was”, tak jak oni przyszli – „nie zawahamy się”, tak jak oni się nie zawahali.
Ale o czym ja mówię, skoro historia już się skończyła?
Może o sprzątaniu bałaganu**, jaki po niej został?

Jeśli jednak uznać, że historia się skończyła, czeaby przyznać, że nigdy nie istniała. Bo przeeż nie mówimy tu o jakimś wydarzeniu czy procesie, ale o „ramie” wszystkich wydarzeń, która umożliwia nam rozpoznawanie procesów, jakie za nimi stoją – dzięki której w ogóle możemy poznawać funkcjonowanie kulturowej tkanki. To prawda, że studiowanie „czynów i wytworów ludzkich” przypomina nieco postępowanie kogoś, kto zgłębia, dajmy na to, układ krwionośny, nie poświęcając w ogóle uwagi innym systemom. Ale to nie znaczy, że należy (czy można) zarzucić historię. To tylko oznacza, że konieczne stało się ściślejsze jej skorelowanie z naukami przyrodniczymi (jak geologia, biologia ewolucyjna, mikrobiologia itp.). Co zresztą się już robi. Poza tym, potrzebne jest umieszczenie historii w kontekście prehistorii, a w końcu i kosmologii – do czego długa droga (za dużo niewiadomych i za dużo dróg łudząco podobnych do starych „dróg przesądu”, które zarzucono).
Skoro historia nie istnieje, to co się odbywa? Jak należałoby patrzeć na te procesy czy dynamizmy, które udało się w niej wykryć? Nazwałem to sobie „silnikiem historycznym”. Nazwa to o tyle błędna, że sugeruje zawężenie zagadnienia do rozwoju technologicznego, a mi chodzi "machinę dialektyczną", tyle że spostrzegłem, że w sumie niewiele ona się różni od programów typu Game of Life. Powtarzałbym więc (od innej doszedłszy do niej strony) myśl Collingwooda (czy może Vico), że historia to dzieje umysłu ludzkiego. Jeśli to rozszerzyć buddyjskim stwierdzeniem, że wszystko jest umysłem (umysł jest wszystkim), to historia obraca się w kosmologię (p. wyżej) i zbliżamy się do Kabały i gnozy.
Ale w ten sposób w ogóle nie warto o tym pisać. Albo solidnie, albo wcale. Lepiej się zajmę czymś pożytecznym lub choćby namacalnym – czymś żywym.
I to jest być może jakiegoś rodzaju manifest. (Jego zalążek?)

To zresztą nieprawda, co napisałem - że wszystkie manifesty były odwetowe, że wszystkie maskowały bezsilność. Np. Józef Jarema, założyciel Teatru Artystów „Cricot”, w międzywojniu opublikował kilka manifestów. I żaden z nich nie był ani trochę agresywny. A przecież, jak się to, niezbyt zresztą ściśle (wystarczy wziąć przykład pierwszy z brzegu: Brechta) mówi, „komunizował”.

* Przywołuję ją jako apogeum pewnych dynamizmów. W Stanach „Wietnam” spowodował chyba większą traumę, niż „słuszna” wojna z „Japońcami” i „Szkopami”. O wojnie w Iraku nawet nie ma co mówić, bo to już jest jakiś koszmar w koszmarze – śniony na jawie, na obrzeżach słodkiego rozmarzenia w obliczu wszechogarniającego rozkładu. (I jak na razie nie zanosi się, żeby Obama miał to zmienić.)
** Przed oczami stają mi ostatnie ujęcia filmu o Isle of Wight Festival – płowo zielone pola pełne śmieci, tu i ówdzie zryta gleba, a nad wszystkim góruje monotonny, sarkastyczny głos Dylana: „And the only sound that’s left after the ambulances go, is Cinderella sweeping up on Desolation Row”.

sobota, 7 marca 2009

Niektóre wątpliwości i obawy wydają się być wydrukowane w głowie, tak że nawet jeśli się je wydrapie, pozostaje ślad, który jeszcze długo przypomina, co tam było napisane. I czego by tam nie wstawić, nigdy nie będzie to wyglądać tak świeżo i elegancko – tak przekonująco – jak te słowa, które zostały usunięte.

czwartek, 5 marca 2009

On Style, Styles, and Third Forms

[This text is new. I started it yesterday and finished just now. It may become a part of the book - some kind of summing up - but doesn't have to.]

There are artists who pay special attention to their style, and rarely (if ever) depart from it, claiming that what they perceive in the object of their creative effort should be given faithful expression as it presents itself to them, that is, giving emphasis to what for them is most important in the studied object, and to the degree it is important (paying, so to say, all the dues). For them the questions of style and object are intertwined – object is a pretext to the exercise in style, yet once it has been chosen all considerations are put aside save for that of how to approach the object, what to ‘make of’ it (what to make it into).

There's another kind, too. These are the artists, who, so to speak, try their hand in different styles and mediums in order to define themselves through the differences between them, probing their own limitations by exploring the limits of their mastery and comprehension of their mediums, modes, and styles. What is similar in every piece of art they make, regardless of the medium and convention, is their self expressed in them. I myself belong to this group. Not because I chose this approach, but because I found myself in this position while trying to define my existential situation (my predicament). I don’t know to what extent the former approach may be seen as that of quest for self. The latter certainly is nothing else.

I discovered that in all my fields of activity there was some possibility of self-expression and self-definition (if not self-fulfillment), and that in each of them different stylistic norms (rules of decorum) prevailed. I was pretty much sure that this possibility could be utilized in full not so much as a result of thorough knowledge of that social (or professional) sphere in which one found oneself, but as a result of knowledge of one’s self (or, at least, to the same degree). In other words, in order to expertly express oneself in a given society, one needs first to have mastery over one’s character, and one’s body, at least in that sphere which is inessential to it, though not inconspicuous (quite the opposite – it shows itself distinctly as the background of all the changing activities that one engages in there).

And here, morally and technically speaking, there are two approaches, or modes of action, one can take. One (which is often looked at with suspicion as egotistic) is to treat every social and professional context as opportunity to self-expression and self-fulfillment, and to consciously learn all about that context which enables it, as well as about all that doesn’t serve one’s self-expression there (to learn to discern between the one and the other). It also involves considerable amount of self-examination – comparing one’s responses to the environment and its tasks with one’s intentions, deciding which aspects of one’s self should, and which shouldn’t find their expression in a given context (which fit there, and which don’t). In a word, lot of premeditation, and meditation at large.

The other approach says that self-expression comes naturally, if one simply engages wholeheartedly, or at least honestly, in one’s intended activities, and tries to carry out the tasks at hand with full comprehension and to the best of one’s abilities; that if only one puts all his resources into the work, that part of his self will inevitably show itself in full and exemplify the whole person, or at least the whole of that in the person which can be shown without a breach of decorum (without overkill).

And here’s a seeming paradox: those who concentrate on their object are the true subscribers to the ‘self-expressionist’ stance, for they would never sacrifice their style to venture into another field, while those who claim to seek self-expression above all, are often the most meticulous students of their medium, wholly engrossed in their objects, often more drawn to them than to their self they supposedly attempt to define and express: because they don’t know who they are, they put a lot of effort in probing the nature of their object and the problems it poses in hope to find some clues to their identity (why they were attracted to it in the first place).

I only recently realized that what brought me to study these different approaches to art is that the difference between them is the same as that which on a larger scale exists between the artist and the professional man. That the self-questing artist is in a sense the artist ‘squared’, or the other way round: the professional man ‘square-rooted’ – the professional man at a loss, in quest for profession, for calling. I felt that in order to develop successfully as an artist, I needed some profession. Not just for the obvious fact, that one needs to sustain oneself during the preparatory stage and the creatively blank periods, not to be forced to perform at one’s worse (one can live almost on anything), but also because I needed to hook on to social reality somehow, which I am always apt to lose touch with. I also hoped (naively) that a sufficiently absorbing and challenging profession would channel and exhaust my creativity and give me satisfaction, while sparing me the anxiety and restlessness of working under the strain of earning my livelihood.

But here I found myself at the crossroads, or to put it more aptly, in between the ever-forking routes of action and the ever-separate fields of activity. Somehow I didn’t fit anywhere. My ‘watching self’ (my shadow self, my sakshin*) never consented to throw itself in the whirl of action and impressions. It always withdrew. So, once I admitted that this is where I stood, I set about defining my predicament – to what extent there was something wrong with me, and to what extent there was something wrong with social and economical structures in which I existed. I got down to grinding down the ‘conceptual grid’ my upbringing furnished me with and all emotional mechanisms that governed my decisions and my behaviour.

And so began my quest for self in which I found myself repeatedly drawn to the questions of form, style, and modes of expression, as I searched for the ones to suit me. And here, as in the field of professional activity, I soon noticed my inclinations drove me to the spheres in between, to the mixed modes, the third forms, because I was never satisfied with the established ones (even as a child). I soon discovered that this sphere has a long and noble tradition (though its practitioners are sometimes notorious among the subscribers of the 'pure' art). There I met Bruno and Nietzsche, Picasso, Schoenberg and Čiurlionis, Bert Brecht and Tadeusz Kantor, Gurdjieff and Steiner, Stefan Themerson, Józef Jarema, but also my old companions Tolkien and C.S. Lewis (yes, yes, they not only employed different genres but hybridized them as well**). I saw I had to add my own reflections and innovations, invent my own codes and keys, myths and symbols, terms and templates (as is customary among the practitioners of this ‘third path’).

In this (like in everything I put my mind to) I've been striving not to resolve the mentioned dichotomy (as I think it is impossible, and even if it was, would not be desirable), but to bridge it by devising a form or style that would embrace both approaches, that would enable one both to describe and express and analyze (or at least systematically expound), to be true both to one’s feelings and to reason. But most of all, I've been searching for a style that would enable me to 'break the news', to be fresh and at the same time artistic - a style in which intensity of content would match the craftsmanship of form***. I’m not sure now, though, if it’s possible to develop such a style, or, if it was, if that wouldn’t render literature (art in general) somehow incomprehensible, and inefficient.

Yet I'll be able to answer this question only when I closed this project of “fordmaking”. At the moment I’m still in the mud, and there were times I nearly got drowned.

* Somehow I can’t help myself from considering it the real self, the self, or the Self.
** See e.g. Tom Shippey’s The Road to Middle-Earth and Walter Hooper’s C.S. Lewis: A Companion and Guide.
I learned also that August Strindberg was a gifted and innovative painter (thanks to Mr Andrzej Kobos and his periodical "The Scrolls", see: Imitując szczególny sposób stwarzania przez naturę; also: Strindberg's dreamscapes).
*** Of the writers I know of only two achieved that: John Cowper Powys and Faulkner. Perhaps I could include Gombrowicz, if it wasn't for the fact that at his most intensive and most masterly he was mainly critical (maybe with the exception of Kosmos). Hardy, Gertrude Stein and D.H. Lawrence sometimes come close to it (the last two usually fall victim to their conceptions - formal and psychological or philosophical respectively).

sobota, 28 lutego 2009

Upupion

Dlaczego nie kupiłem trzeciego tomu „Pism wybranych” Korczaka (zawierający m.in. „Jest szkoła” – opis utopijnej szkoły jako przedsiębiorstwa i instytucji społecznej w jednym – oraz opowiadanie „Kiedy znów będę mały”)? Przecież ta książka (pożyczona mi w Hajfie przez „starą szczurzycę” Stellę, pochodzącą z Polski hebrajską chrześcijankę*) stanowiła początek moich poważnych libertyńskich rozważań. Już wtedy uznałem, że Korczak był prawdziwym rewolucjonistą (być może pierwszym naprawdę radykalnym), przekonanym o konieczności szukania napędu chorych stosunków władzy w nadużyciach wobec dzieci, co było dla mnie oczywiste od wielu lat i dziwiło mnie, że nikt przed nim, a zwłaszcza – fakt dla mnie szczególnie uderzający i podejrzanie znaczący – żaden spośród filozofów** nie podjął tego tematu. Tym niemniej byłem zdziwiony, gdy po powrocie do Polski, przekonałem się, jak mało znane są jego idee w kręgach lewicowych i jak mało popularne wśród pedagogów (z wyjątkiem być może „Jak kochać dziecko”).

Dlaczego więc uznałem, że 8 zł za ten dość rzadki tom to za dużo? Że mogę go przecież pożyczyć z biblioteki? Odpowiedź jest bardzo prosta, widzę ją teraz jak na dłoni, wiedziałem to i wtedy, w przejściu podziemnym wrocławskiego dworca. Z tą różnicą, że teraz nie byłoby to dla mnie powodem zaniechania jej kupna, raczej przeciwnie.

Wyobraziłem sobie mianowicie niektórych moich znajomych, jak patrzą z niedowierzaniem na tę książkę w moich rękach, dopytują się, kiwają głowami. W ułamku sekundy stwierdziłem, że w ich oczach nie dość, że utrwalę się jako utopista, to jeszcze obnażę się jako sentymentalny intelektualista, nie dorastający do ich mężnego, praktycznego (aktywnego, jeśli nie zawsze aktywistycznego), feministyczno-anarchistycznego nonkonformizmu, na domiar wszystkiego: ideowy antykwarysta. Powstydziłem się swoich najgłębszych intelektualnych sentymentów przed zinternalizowaną opinią społeczną – wymniemanym zdaniem wąskiej grupy znajomych, z którymi na takie tematy rozmawiam.

To właśnie jest niemoc. To i tylko to – wstydzić się swojej żarliwości. Obojętne czy przed sobą samym, czy przed innymi. Wiem teraz, że podłożem tego wstydu jest brak wiary (z powodu przykrych doświadczeń i braku umiejętności) w możliwość działania podług swych najgłębszych i najżywszych uczuć bez całkowitego obnażania się z nimi. Mówiąc krótko: albo nagi i bezbronny*** (czyli zaraz dostanę w dupę, albo co gorsza w twarz), albo niemo przytakujący z pochyloną głową, stłumiony i przygaszony (jak Adam wychodzący z Raju). Zostaje jeszcze ketman, ale to chyba jest jeszcze gorsze.

* To takie zgromadzenie Żydów, którzy przeszli na katolicyzm, z mszą po hebrajsku, przy jednym stole, z kielichem wina i kawałkami nieco pożywniejszych opłatków.
** Locke zdaje się i Rousseau się tym zajmowali, ale nie jestem pewien, bo, wyjąwszy kilka cytatów, nie czytałem.
*** Prometeusza wykradającego ogień zawsze wyobrażałem sobie nagiego. Oczywiście, powiecie, w końcu to grecki bóg. Owszem, ale w mojej wizji nie przedstawiał się ani dzielnie, ani dumnie, lecz nędznie – przykucnięty i przygarbiony, ze ściągniętymi ramionami, z napiętą pupą i łydkami, w pośpiechu ładujący żar do tej swojej trzciny (obraz trochę jak z „Walki o ogień”).

czwartek, 26 lutego 2009

Bajeczka o misiu

Niedźwiadek przychodzi do chłopczyka pod postacią małego, cacanego misia – kochanego miśka z odpadającym uszkiem i rozprutą stopą. Mówi:

— Chcesz, to zawrzemy układ: dorosnę za ciebie i stanę się dużym, silnym niedźwiedziem, a ty będziesz mógł pozostać małym chłopcem i nie będziesz musiał zostawać mężczyzną. Zresztą, przecież i tak nie wiesz, jak by to miało wyglądać – widziałeś gdzieś szczęśliwego, wolnego mężczyznę? Za to wszędzie, gdzie się nie obejrzysz, pełno niedźwiedzi. No, są jeszcze ludzie-węgorze i ludzie-ameby, ale przecież nie chcesz być kimś takim! Poza tym, oni też nie są szczęśliwi, a przy tym są słabi. To co?

— Nooo… To by było niezłe…

— Pewnie, że tak. Wszystkim się zajmę. Wszystko będę załatwiał za ciebie.

— Supeer!! Hee… Ty to każdemu przykudlisz, nie?!

— No jasne! Widziałeś duże miśki w telewizji? Taki grizzly na przykład…

— Nopewnie. I ty taki będziesz? Kupa mięśnia?

— Noajáak!

— Fajnie! — Chłopczyk potrząsa głową z podziwu dla swojego misia i z radochy, że ma takiego przyjaciela (ale też troszkę się go boi).

— Drobiazg, — odpowiada misio. — Czego się nie robi dla kumpla.

Gdy miś dorasta, chłopczyk spostrzega, że trzyma on raczej z innymi niedźwiedziami, niż z nim. I nawet go to nie dziwi. W końcu, jest tylko małym chłopcem, który nie umie powiedzieć nic do rzeczy. Gdzie mu tam do poważnych, silnych niedźwiedzi!

Nie skarży się więc. Nawet wtedy, gdy jego niedźwiedź wraz innymi śmieje się z przykrości wyrządzonej drugiemu chłopczykowi, chociaż jemu go żal. Z początku nieśmiało przypomina niedźwiedziowi o ich układzie. Z prostodusznym oburzeniem zwraca mu uwagę, że skoro chroni jego, to nie powinien przystawać na złe traktowanie innych chłopczyków przez ich niedźwiedzie. Wtedy jego niedźwiedź unosi się na tylnych łapach i głośno ryczy. Chłopczyk wycofuje się, przestraszony. Z czasem wystarcza, by niedźwiedź łysnął pazurem, żeby uprzedzić jakiekolwiek wyrzuty chłopca.

Dochodzi w końcu do tego, że nie śmie on nawet spojrzeć ze skargą (nie mówiąc o wyrzucie) na swojego niedźwiedzia. Mniej więcej w tym czasie niedźwiedź przestaje go gdziekolwiek zabierać i zostawia go samego w domu na całe wieczory, a nawet na całe dnie. Chłopczyk zaczyna wątpić, że gdzieś są jeszcze jacyś inni chłopcy.

Wszystko byłoby w porządku z tą bajeczką, gdyby nie to, że oczernia niedźwiedzie. Tak zawsze jest z bajkami – ludzie obarczają swoimi wadami przyzwoite zwierzęta i czują się w porządku. A przecież nie chodzi o to, że niedźwiedź, tylko o to, że chłopczyk! Co on tu jeszcze robi? Przecież już nie chce być małym dzieckiem – upiera się przy tym tylko z przekory i wstydu. Boi się pewnie, że dorośnięcie zajmie mu tyle samo czasu, co wyhodowanie niedźwiedzia. Myli się. Tu działają czary. Nie jakaś tam wielka magia, tylko zwyczajny czar przemiany.

Nie, nie podoba mi się ta bajka. Jednak zostawiam ją, bo coś mi w niej brzmi prawdziwie. Jak wami się nie podoba, to ją wykasujcie (zagłosujcie).