sobota, 14 marca 2009

Czas manifestów

Gdzie ja to czytałem, o kim to czytałem: „Wiedział, że czas manifestów przeminął”?
Stara śpiewka. Każda epoka wierzy lub chce wierzyć, że obaliła poprzednią (i podsumowała wszystkie poprzednie) i w ten sposób skończyła z nią. Postmodernizm chełpi się, że rozpuścił wszystkie poprzednie epoki (w sosie powszechnego przyzwolenia i oceanie informacji) – że zakończył historię (rozbratał się z „człowiekiem”). Zezwala na wszelką dialektykę, oprócz dialektyki procesu historycznego. Ale: jeśli przyjmuje się, że żadna pozycja nie jest ostateczna, to…
Noąm?

Manifesty? Ich era dopiero nadchodzi. Era prawdziwych manifestów. Dotychczasowe były w większości tylko słabo skrywanymi wyrazami bezsilnej żądzy przemocy, gwałtownego odwetu – odgrażaniem się (zwijcie to, jak chcecie). Nie wyłączając surrealistów (którzy przecież w większości sympatyzowali z komunizmem radzieckim – z mieszczańskiego poczucia winy?). W tym samym tonie został napisany – a wygłoszony w jeszcze ostrzejszym (ponieważ przemawiający nie zdawał sobie sprawy z mocy megafonu i usiłował przekrzyczeć tłum) – manifest stowarzyszenia „Miłość bez granic” na zeszłorocznym Marszu Równości.
I to właściwie jest znamienne dla miłości po drugiej wojnie światowej* – że w strachu przed obnażeniem wyraża się w ataku, napaści, naruszeniu granic. Po 11 Września ta tendencja może nawet wzrosła. „Przyjdziemy do was”, tak jak oni przyszli – „nie zawahamy się”, tak jak oni się nie zawahali.
Ale o czym ja mówię, skoro historia już się skończyła?
Może o sprzątaniu bałaganu**, jaki po niej został?

Jeśli jednak uznać, że historia się skończyła, czeaby przyznać, że nigdy nie istniała. Bo przeeż nie mówimy tu o jakimś wydarzeniu czy procesie, ale o „ramie” wszystkich wydarzeń, która umożliwia nam rozpoznawanie procesów, jakie za nimi stoją – dzięki której w ogóle możemy poznawać funkcjonowanie kulturowej tkanki. To prawda, że studiowanie „czynów i wytworów ludzkich” przypomina nieco postępowanie kogoś, kto zgłębia, dajmy na to, układ krwionośny, nie poświęcając w ogóle uwagi innym systemom. Ale to nie znaczy, że należy (czy można) zarzucić historię. To tylko oznacza, że konieczne stało się ściślejsze jej skorelowanie z naukami przyrodniczymi (jak geologia, biologia ewolucyjna, mikrobiologia itp.). Co zresztą się już robi. Poza tym, potrzebne jest umieszczenie historii w kontekście prehistorii, a w końcu i kosmologii – do czego długa droga (za dużo niewiadomych i za dużo dróg łudząco podobnych do starych „dróg przesądu”, które zarzucono).
Skoro historia nie istnieje, to co się odbywa? Jak należałoby patrzeć na te procesy czy dynamizmy, które udało się w niej wykryć? Nazwałem to sobie „silnikiem historycznym”. Nazwa to o tyle błędna, że sugeruje zawężenie zagadnienia do rozwoju technologicznego, a mi chodzi "machinę dialektyczną", tyle że spostrzegłem, że w sumie niewiele ona się różni od programów typu Game of Life. Powtarzałbym więc (od innej doszedłszy do niej strony) myśl Collingwooda (czy może Vico), że historia to dzieje umysłu ludzkiego. Jeśli to rozszerzyć buddyjskim stwierdzeniem, że wszystko jest umysłem (umysł jest wszystkim), to historia obraca się w kosmologię (p. wyżej) i zbliżamy się do Kabały i gnozy.
Ale w ten sposób w ogóle nie warto o tym pisać. Albo solidnie, albo wcale. Lepiej się zajmę czymś pożytecznym lub choćby namacalnym – czymś żywym.
I to jest być może jakiegoś rodzaju manifest. (Jego zalążek?)

To zresztą nieprawda, co napisałem - że wszystkie manifesty były odwetowe, że wszystkie maskowały bezsilność. Np. Józef Jarema, założyciel Teatru Artystów „Cricot”, w międzywojniu opublikował kilka manifestów. I żaden z nich nie był ani trochę agresywny. A przecież, jak się to, niezbyt zresztą ściśle (wystarczy wziąć przykład pierwszy z brzegu: Brechta) mówi, „komunizował”.

* Przywołuję ją jako apogeum pewnych dynamizmów. W Stanach „Wietnam” spowodował chyba większą traumę, niż „słuszna” wojna z „Japońcami” i „Szkopami”. O wojnie w Iraku nawet nie ma co mówić, bo to już jest jakiś koszmar w koszmarze – śniony na jawie, na obrzeżach słodkiego rozmarzenia w obliczu wszechogarniającego rozkładu. (I jak na razie nie zanosi się, żeby Obama miał to zmienić.)
** Przed oczami stają mi ostatnie ujęcia filmu o Isle of Wight Festival – płowo zielone pola pełne śmieci, tu i ówdzie zryta gleba, a nad wszystkim góruje monotonny, sarkastyczny głos Dylana: „And the only sound that’s left after the ambulances go, is Cinderella sweeping up on Desolation Row”.

2 komentarze:

  1. Pierwszego asterysku nie ma w tekście głównym.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chodzi o wzmiankę o WWII w tym samym paragrafie, co dwie gwiazdki. Dzięki.

    OdpowiedzUsuń