Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 lutego 2009

Upupion

Dlaczego nie kupiłem trzeciego tomu „Pism wybranych” Korczaka (zawierający m.in. „Jest szkoła” – opis utopijnej szkoły jako przedsiębiorstwa i instytucji społecznej w jednym – oraz opowiadanie „Kiedy znów będę mały”)? Przecież ta książka (pożyczona mi w Hajfie przez „starą szczurzycę” Stellę, pochodzącą z Polski hebrajską chrześcijankę*) stanowiła początek moich poważnych libertyńskich rozważań. Już wtedy uznałem, że Korczak był prawdziwym rewolucjonistą (być może pierwszym naprawdę radykalnym), przekonanym o konieczności szukania napędu chorych stosunków władzy w nadużyciach wobec dzieci, co było dla mnie oczywiste od wielu lat i dziwiło mnie, że nikt przed nim, a zwłaszcza – fakt dla mnie szczególnie uderzający i podejrzanie znaczący – żaden spośród filozofów** nie podjął tego tematu. Tym niemniej byłem zdziwiony, gdy po powrocie do Polski, przekonałem się, jak mało znane są jego idee w kręgach lewicowych i jak mało popularne wśród pedagogów (z wyjątkiem być może „Jak kochać dziecko”).

Dlaczego więc uznałem, że 8 zł za ten dość rzadki tom to za dużo? Że mogę go przecież pożyczyć z biblioteki? Odpowiedź jest bardzo prosta, widzę ją teraz jak na dłoni, wiedziałem to i wtedy, w przejściu podziemnym wrocławskiego dworca. Z tą różnicą, że teraz nie byłoby to dla mnie powodem zaniechania jej kupna, raczej przeciwnie.

Wyobraziłem sobie mianowicie niektórych moich znajomych, jak patrzą z niedowierzaniem na tę książkę w moich rękach, dopytują się, kiwają głowami. W ułamku sekundy stwierdziłem, że w ich oczach nie dość, że utrwalę się jako utopista, to jeszcze obnażę się jako sentymentalny intelektualista, nie dorastający do ich mężnego, praktycznego (aktywnego, jeśli nie zawsze aktywistycznego), feministyczno-anarchistycznego nonkonformizmu, na domiar wszystkiego: ideowy antykwarysta. Powstydziłem się swoich najgłębszych intelektualnych sentymentów przed zinternalizowaną opinią społeczną – wymniemanym zdaniem wąskiej grupy znajomych, z którymi na takie tematy rozmawiam.

To właśnie jest niemoc. To i tylko to – wstydzić się swojej żarliwości. Obojętne czy przed sobą samym, czy przed innymi. Wiem teraz, że podłożem tego wstydu jest brak wiary (z powodu przykrych doświadczeń i braku umiejętności) w możliwość działania podług swych najgłębszych i najżywszych uczuć bez całkowitego obnażania się z nimi. Mówiąc krótko: albo nagi i bezbronny*** (czyli zaraz dostanę w dupę, albo co gorsza w twarz), albo niemo przytakujący z pochyloną głową, stłumiony i przygaszony (jak Adam wychodzący z Raju). Zostaje jeszcze ketman, ale to chyba jest jeszcze gorsze.

* To takie zgromadzenie Żydów, którzy przeszli na katolicyzm, z mszą po hebrajsku, przy jednym stole, z kielichem wina i kawałkami nieco pożywniejszych opłatków.
** Locke zdaje się i Rousseau się tym zajmowali, ale nie jestem pewien, bo, wyjąwszy kilka cytatów, nie czytałem.
*** Prometeusza wykradającego ogień zawsze wyobrażałem sobie nagiego. Oczywiście, powiecie, w końcu to grecki bóg. Owszem, ale w mojej wizji nie przedstawiał się ani dzielnie, ani dumnie, lecz nędznie – przykucnięty i przygarbiony, ze ściągniętymi ramionami, z napiętą pupą i łydkami, w pośpiechu ładujący żar do tej swojej trzciny (obraz trochę jak z „Walki o ogień”).