„Który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie, cześć i chwałę”. Tyle razy słyszałem te słowa, tyle razy je powtarzałem. Podskórnie mnie one dziwiły. Uznałem, że Duch Święty to jakaś ważna osobistość, jednak nie na tyle potężna czy wyrazista, żeby zjednać sobie poważanie wśród ludzi. Dlatego trzeba im o tym przypominać i zapewniać ich o tym; że Ducha Świętego łatwo zlekceważyć, bo nic szczególnego nie robi (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że „pociesza” i „utwierdza w prawdzie”). Już same słowa „który z Ojca i Syna pochodzi” i to powtórzenie „Ojca i Syna” – jakby usilne – sprawiały na mnie wrażenie, że Duch Święty właśnie różni się od nich dwu, że jest kimś w rodzaju „dziwnego wujka”, że jest jak to dziecko, o którym nauczyciele mówią, że jest w porządku, mądre, grzeczne, dobre i takie tam i przykazują innym dzieciom lubić je, szanować i chronić (nie bić, nie przezywać, nie zaczepiać), pomimo wyraźnej niechęci grupy czy aury śmieszności, która je otacza: „To Duch Święty. Bądźcie dla niego dobrzy. Nie pomijajcie go przy dzieleniu się słodyczami, nie wykluczajcie go z zabawy. Jest taki sam, jak Ojciec i Syn”. Tyle, że łączą go z nimi dziwne stosunki, których nie da się wyrazić w prostych słowach określających pokrewieństwo (o powinowactwie nie może być mowy, bo w tym towarzystwie nie praktykuje się innych związków, niż pozamałżeńskie) – przecież „pochodzi” z dwóch „mężczyzn”.
Te słowa Credo, pozbawione ich historycznego kontekstu nie tylko brzmią nieprzekonująco, ale mogą nawet wzbudzić podejrzenie, że sprawy mają się dokładnie odwrotnie, niż się je przedstawia. No, bo po co powtarzać z namaszczeniem to, co powinno być jasne dla wszystkich? Skoro nie jest, to czemu się o tym nie mówi, nie wyjaśnia?* I tak ze wszystkim w Kościele Kat. Jak tu ufać nauczaniu instytucji, która całą moc wyjaśniania zainwestowała w rozum i manipulacje słowem, bo żadne czyste serce nie mogło przyjąć bez zgrozy i odrazy doktryny, która sprzeciwiała się życiu, która kazała je dławić i marnować.
Poczułem w każdym razie sympatię dla Ducha – był gołębiem, a nie człowiekiem, jak tamci dwaj. Mówiono jednak, że jest osobą, a gołąb jest tylko jego postacią (cokolwiek by to miało znaczyć), więc trochę go żałowałem - że takie z niego „niewiadomoco”. To dlatego, że sam czułem się niewiadomoczym – już choćby z tej racji, że „oni” mogli tam stać i nie dziwić się temu wszystkiemu. Stać i nie nudzić się! Tłumaczyłem sobie (tak mi też mówiono), że jak będę starszy, to zrozumiem to lepiej i będę umiał w pełni uczestniczyć we mszy.
W jakimś sensie to się potwierdziło. Jednak potrzebne były kursy z historii chrześcijaństwa:) No i kazania nie mógłbym wysłuchać bez znużenia (albo oburzenia**) Trzeba wiary, żeby mówić zajmująco, a żeby wierzyć w tę niedorzeczność, trzeba albo być świętym-ekstatykiem (często = histerykiem), albo traktować całą tę doktrynę o śmierci na krzyżu i naśladownictwie z przymrużeniem oka. Tylko, że w tym drugim przypadku zawsze jest się narażonym na zarzut bezbożności ze strony dewotek i dewotów (a to przecie moc wiernych). Poza tym, jest się wtedy na obrzeżach katolicyzmu – gdzieś w rejonie areligijnego przewodnictwa duchowego, albo ewangelizmu (czy innego protestantyzmu).
No jakże można było z zasad uczynić osoby! To albo ewangelie się mylą, albo Ojcowie Kościoła. Jasne, że nie mogli oni – wiarę w bogów uznawszy za przesąd niestosowny dla filozofa – przyjąć, że jest jakaś domena, gdzie ktoś króluje – ktoś konkretny. Musieli z niego zrobić metafizycznego „boga jedynego”. Pierwsi chrześcijanie mogli jeszcze poczciwie wierzyć, że bogowie greccy, azjatyccy i egipscy to demony (Dzeusa nie wyłączając). Po Orygenesie to już było niemożliwe. A ten, jak wiadomo, był uczniem Filona, który był Żydem. O ile jednak Filon mógł sobie na dywagacje o logosie pozwolić (bo jego Bóg, choć osobowy, nigdy się nie wcielił i nie oczekiwał miłości, ani poświęcenia innego rodzaju, niż takie, które przejawiają się w przestrzeganiu Prawa), o tyle Orygenes, Klemens i Grzegorze pogrywali już z człowiekiem, który oddał (męczeńsko, dodajmy) swoje życie za innych. I był to akt miłości. Zrobić z męki i miłości zasady to nawet pożyteczne. Ale zrobić z jednego człowieka zasadę – to już urąga rozumowi. Kolegom z Azji i Egiptu to jednak nie przeszkadzało. Nie mieli przy tym dość odwagi, żeby przyznać za Tertulianem, że to niedorzeczne. Ich usiłowania (także Klemensa i Augustyna), gdyby przyjrzeć się ich biografiom, mogłyby się okazać kluczem do tego wielkiego fałszerstwa, jakim jest cała teologia chrześcijańska w stosunku do nauki i świadectwa ewangelii, począwszy od I Soboru Powszechnego. Przy czym, każdy śmiałek, który próbował dojść z tym do ładu, w którą bądź stronę (czy był to Joachim z Fiore czy Mistrz Eckhart), był skutecznie zagłuszany lub co najmniej dyskredytowany.
Celnie skomentował tę sytuację Jung w eseju „Odpowiedź Hiobowi”:
w interesie ciągłości tradycji i w interesie kościoła trzeba było równie energicznie podkreślać jednorazowy charakter wcielenia i dzieła zbawienia, co pomniejszać, a nawet ignorować, fakt postępującego zamieszkania Ducha Świętego w ludziach. (tłum. z jęz. niemieckiego Jerzy Prokopiuk, Warszawa 1995, s. 133-4)
cdn.
* I tak ze wszystkim w Kościele Kat. Jak tu ufać nauczaniu instytucji, która całą moc wyjaśniania zainwestowała w rozum i manipulacje słowem, bo żadne czyste serce nie mogło przyjąć bez zgrozy i odrazy doktryny, która sprzeciwiała się życiu, która kazała je dławić i marnować?
** Jeszcze dziś pamiętam swoje oburzenie stylem intonacji i przemawiania mojego kuzyna podczas jego mszy prymicyjnej.
sobota, 25 kwietnia 2009
Bidny Duch
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
